Mnie osobiście ten dzień w stoczni otworzył drogę do stałej pracy w Washington Post - najpierw w roli korespondenta w Warszawie, potem w Paryżu, a później na stanowisku szefa moskiewskiego biura gazety. Sierpień 1980 był marzeniem młodego, niezależnego dziennikarza. Polskie władze przedłużały mi wizę (ale za każdym razem tylko o dwa dni, więc bez przerwy musiałem kursować między Gdańskiem a Warszawą, gdzie godzinami błagałem na milicji o przedłużenie wizy), natomiast zamknęły granice dla jakichkolwiek innych reporterów Washington Post, którzy mogliby mnie zastąpić. W rezultacie moje teksty przez około trzech tygodni nie schodziły z pierwszej strony gazety. Wysyłałem również reportaże do Guardiana, Sunday Times i kilku innych tytułów. Co wieczór szedłem spać wyczerpany - całe szczęście, że byłem młody, bo teraz chyba nie miałby na to dość siły.
Szczęścia, które towarzyszyło mi od sierpnia 1980, zabrakło mi w grudniu 1981. Uznałem, że po szesnastu miesiącach nieprzerwanej pracy dziennikarskiej należy mi się urlop, i w pierwszych dniach grudnia wyjechałem z Polski. Wieczorem 12 grudnia położyłem się spać w hotelu w Salzburgu, śniąc o wyjeździe na narty z moją dziewczyną - amerykańską stypendystką studiującą na Uniwersytecie Poznańskim, którą poznałem na I zjeździe "Solidarności" w Gdańsku. Około 3 w nocy zatelefonowano do mnie z redakcji w Waszyngtonie, by powiedzieć mi, że generał Jaruzelski wprowadził stan wojenny. Natychmiast wsiedliśmy do samochodu i zawrócili do Polski, jednak wiele godzin przyszło nam spędzić na czechosłowackiej granicy, gdzie obsługa przejścia czekała na instrukcje, czy nas przepuścić. Na zewnątrz panował mróz i piętrzyły się ogromne, śnieżne zaspy. Była to najsurowsza zima, z jaką zetknąłem się w Polsce. "Solidarność" wezwała swych zwolenników do oporu, ale ja miałem głębokie wewnętrzne poczucie, że jest skończona, przynajmniej na jakiś czas. Celnicy przekopywali się przez mój bagaż, oglądając każdą sztukę brudnej bielizny i próbując odczytać moje nabazgrane nieczytelnie notatki.
Przeszedł mi koło nosa jeden z najważniejszych reportaży, jakie mogłem w życiu napisać - ludzi, z którymi się zaprzyjaźniłem, chwytano i wysyłano do ośrodków internowania, dławiono kolejną próbę stworzenia socjalizmu "z ludzką twarzą". Ponieważ dużo gorzej już być nie mogło, zdecydowałem się zrobić coś, co od pewnego czasu chodziło mi po głowie. W ponurym urzędzie celnym na granicy polsko-czechosłowackiej, przed którym przechadzały się patrole uzbrojonych żołnierzy pilnujących przestrzegania godziny policyjnej, poprosiłem moją dziewczynę o rękę. Powiedziała: "Tak". Chwilę później wyszli do nas pogranicznicy, by powiedzieć nam, że dokumenty mamy w porządku i możemy wjechać do kraju. Życie znów zaczynało się do mnie uśmiechać.
I to była druga nauka, jaką wywiozłem z Polski: z rozpaczy rodzi się nadzieja.
Tekst napisany do katalogu wystawy "Polska Na Pierwszej Stronie". Wystawa sponsorowana przez PKN Orlen, Prokom SA, Oracle-Polska, PLL LOT będzie czynna do 29 listopada w gmachu "Gazety Wyborczej". Wstęp wolny.
Sprawdz również: www. polskanapierwszejstronie.com